Industrial i brutalizm – surowe piękno w meblarstwie vintage
Industrial – kiedy fabryka zaczęła projektować salon
Industrial nie ma jednego manifestu ani daty narodzin. Jego źródeł trzeba szukać przede wszystkim w rewolucji przemysłowej i późniejszym modernizmie, kiedy projektanci przestali traktować maszynową produkcję jako przeciwnika dobrego wzornictwa.
Żeliwo, stal, gięte rury, perforowana blacha czy szkło wcześniej należały przede wszystkim do hal produkcyjnych, dworców, magazynów i warsztatów. W XX wieku trafiły do projektowania przedmiotów codziennego użytku. Bauhaus dodatkowo przyspieszył ten proces. Walter Gropius, Marcel Breuer, Mart Stam czy Ludwig Mies van der Rohe szukali form odpowiadających epoce maszyny, a nie powtarzających ornamentykę XIX-wiecznego salonu.
Dobrym symbolem tej zmiany pozostaje cantilever chair, czyli krzesło wspornikowe. Zamiast czterech tradycyjnych nóg pojawia się gięta stalowa konstrukcja. Forma nie próbuje ukrywać technologii. Wręcz przeciwnie, robi z niej główny temat projektu. W kolekcji GARAGE GARAGE można znaleźć właśnie ten rodzaj myślenia choćby w fotelach MR10 Ludwiga Miesa van der Rohe, których konstrukcję tworzą chromowane rury i płaty naturalnej skóry.
Jeszcze dalej poszedł Jean Prouvé, francuski konstruktor, projektant i człowiek fabryki w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa. Jego atelier działało jak laboratorium przemysłowej produkcji. Prouvé eksperymentował między innymi z giętą blachą, stale poprawiając konstrukcje pod kątem produkcji seryjnej.
Brutalizm narodził się w architekturze
Z brutalizmem sprawa wygląda inaczej. Zanim pojawiły się „brutalistyczne meble”, istniała brutalistyczna architektura.
Ruch rozwinął się w Europie w latach 50. i 60. XX wieku. Silnie łączył się z powojenną odbudową oraz działalnością Alison i Petera Smithsonów w Wielkiej Brytanii. Charakterystyczne cechy to czytelność konstrukcji, mocny obraz budynku oraz traktowanie materiałów „as found”, czyli bez ich uszlachetniania. W tle pozostawał Le Corbusier i jego béton brut, surowy beton, którego faktura zachowywała ślady wykonania.
Beton miał wyglądać jak beton. Stal jak stal. Instalacja nie musiała znikać za idealnie gładką ścianą.
To myślenie bardzo łatwo przenieść na przedmiot.
Trzeba jednak zachować precyzję: brutalizm meblowy nie tworzy równie jednoznacznie zdefiniowanego ruchu jak brutalizm architektoniczny. Rynek vintage używa dziś tego określenia dość szeroko. Trafiają pod nie ciężkie stoły, rzeźbiarskie szafy, masywne siedziska, przedmioty z mocno ciosanego drewna, spawanego metalu czy powierzchni o celowo niejednorodnej fakturze.
Rzeźba zamiast perfekcyjnej powierzchni
Klasyczny modernizm kochał precyzję. Chromowana rurka Breuera czy Miesa van der Rohe może wyglądać niemal jak linia narysowana w przestrzeni. Powierzchnia jest gładka, konstrukcja oszczędna, proporcja kontrolowana.
Brutalizm dokonuje innego wyboru.
Chce mieć masę. Fakturę. Ciężar.
Drewno może pozostać grubo opracowane. Metal może nosić ślady spawania, utleniania albo ręcznej obróbki. Bryła czasem bardziej przypomina obiekt artystyczny niż konwencjonalny mebel. Zamiast wizualnej lekkości pojawia się monumentalność, charakterystyczna również dla brutalistycznej architektury.
Granica między designem a rzeźbą zaczyna się wtedy rozmywać. I właśnie dlatego dobre brutalistyczne meble tak mocno działają we wnętrzu. Nie potrzebują zestawu identycznych krzeseł, komody, lampy i stolika z tej samej serii. Czasem jeden ciężki stół albo fotel wystarcza, żeby całkowicie zmienić proporcje pomieszczenia.
Industrial i brutalizm – podobna surowość, inny temperament
Łatwo pomylić oba języki, szczególnie dzisiaj, gdy słowem „industrialny” opisuje się niemal każde wnętrze z cegłą i czarnym metalem.
Historycznie różnica pozostaje jednak wyraźna.
Industrial ciąży ku maszynie. Brutalizm ciąży ku materii.
Industrial lubi seryjność, moduł, konstrukcję, możliwość powielania przedmiotu. Dobrze czuje się przy stali, aluminium, chromie, technicznych połączeniach i częściach, które pokazują sposób montażu. Wystarczy spojrzeć na twórczość Prouvé czy międzywojenne eksperymenty z rurą stalową.
Brutalizm interesuje się ciężarem, fizycznością materiału i bryłą. Dopuszcza nierówność, szorstkość, przeskalowanie. Mebel może wyglądać tak, jakby projektant bardziej go wyrzeźbił albo skonstruował niż „wykończył”.
Obie drogi spotykają się jednak przy jednej idei: forma powinna wynikać z materiału i konstrukcji, a nie z dekoracji doklejonej na końcu.
Jak urządzić wnętrze, żeby nie zamieniło się w scenografię loftu?
Największym zagrożeniem dla industrialu jest dosłowność.
Ceglana ściana, czarna lampa, metalowy regał, betonowy stolik, zegar z kołem zębatym i napis FACTORY potrafią zamienić wnętrze w katalogowy kostium. Dobre projekty XX wieku były znacznie bardziej złożone.
Surowy metal świetnie współpracuje z ciepłym drewnem, naturalną skórą, wełną, ceramiką i sztuką abstrakcyjną. Ciężka brutalistyczna bryła zyskuje przy dużej ilości pustej przestrzeni. Chromowany modernistyczny fotel może natomiast wprowadzić lekkość tam, gdzie pojawia się kamień albo masywny dębowy stół.
Ciekawy dialog powstaje również między epokami. Industrialna lampa warsztatowa może stanąć przy duńskim sideboardzie z lat 60. Brutalistyczny stolik może znaleźć się obok miękkiej włoskiej sofy z lat 70. Mebel Bauhausu może wejść w rozmowę z ceramiką studyjną.
Surowość wymaga jakości
Kiedy znika ornament, połysk i dekoracyjna warstwa, zostaje konstrukcja, proporcja oraz materiał.
Nie ma już za czym się schować.
Dlatego dobry stalowy fotel przyciąga sposobem gięcia rur. Drewniany brutalistyczny stół broni się proporcją blatu i podstawy. Stara skórzana sofa zachwyca fakturą, której nie da się uzyskać fabrycznym nadrukiem.
Surowość staje się wtedy rodzajem luksusu. Nie dlatego, że przedmiot błyszczy, lecz dlatego, że nie musi niczego udawać.
